Coś dotknęło moich ramion. Przestraszona podskoczyłam. Za moimi plecami stała uradowana Ola. Jak zwykle szczęście jej sprawiało straszenie mnie. Udając obrażoną, rzuciłam w nią rękawicami i odeszłam. Usłyszałam jej przyspieszone kroki na piachu.
- Bez takich!
Nie zwolniłam, póki nie poczułam piasku uderzającego o moje plecy. Zatrzymałam się i odwróciłam na pięcie. Ola niestety nie zauważyła tego i wpadła na mnie. Wylądowałyśmy na ziemi z akompaniamentem śmiechu reszty pracowników. Dziewczyna stoczyła się ze mnie. Podniosła się na nogi i pomogła mi oderwać tyłek od ziemi. Dokładnie otrzepałam spodnie.
- Jesteśmy kwita. - podsumowałam. - Idę do psów.
Uśmiechnęła się. Wiedziała, że w otoczeniu merdających ogonów czuję się najlepiej. Minęłam Lizz bez słowa. Jej ruda kitka kołysała się, gdy przebiegała ścieżką trzymając na smyczy Ruffiego, 4-letniego owczarka niemieckiego, który bał się spacerów. Po zaledwie dwóch tygodniach można było z nim pochodzić przy padokach. Później spróbuje z nim wyjść do lasy, aby nie denerwował się w żadnych warunkach. Otworzyłam drzwi. Podzielony na sektory budynek był idealnie oświetlony przez promienie słoneczne. Podeszłam do pierwszej budy. Swoje miejsce w niej miał mały szczeniak, który został uratowany ze stajni, zniszczonej przez ogień. Był u nas od trzech miesięcy i szukał nowego właściciela. Od samego początku chciałam zatrzymać Jareda, ale Ola powiedziała, że jeśli do tej niedzieli nie znajdziemy mu nowego właściciela, zatrzymamy go. Miałam nadzieję, że będzie nasz. Było u nas 10 osób chętnych go przyjąć, póki nie zobaczyli psa. Brak połowy ucha i rany po oparzeniach nie były mile widywane, chociaż za każdym razem informowałyśmy w jakim stanie jest zwierzak.
- Ludzka natura jest okropna. - wyszeptałam do ucha szczeniaka. Odpowiedział mi szorstkim masażem twarzy.
- Co powiesz na mały bieg?
Merdanie ogonem i ochocze kręcenie się w kółko odebrałam jako "tak". Złapałam smycz jego i innych psów. Wszystkie były już wyleczone, więc nie bałam się, że uciekną jak je spuszczę. W końcu uczymy zwierzaki, aby wracały do ośrodka. Z resztą wystarczy znać psią naturę. Jak zgłodnieją to wrócą, jak to mówi Ola.
***
Spokojnie stawiałam nogi na trawie. Lubiłam ćwiczyć. Pływanie, bieg, piłka ręczna, jazda konna. To jedne z wielu sportów, które ćwiczyła w życiu dłużej niż pół roku. Nagle z rozmyślań wyrwało mnie wycie psa. Ile sił w nogach pobiegłam w miejsce skąd pochodziło.
***
Widok, który mi się ukazał zdziwił mnie. Na środku polany siedział Tomo, 6-letni labrador. Przy jego łapach leżał koń z rozszarpanym bokiem. Najgorsze było to, że na około niego rozlana była ogromna ilość krwi. Krzyknęłam przerażona.
***
Nogi miałam jak z waty podchodząc do zwierząt. Od razu rozpoznałam martwe zwierzę. To był Draco. Koń Oli, którego dostała po zdanej srebrnej oznace. Czarny ogier był jej oczkiem w głowie, a teraz leżał martwy w kałuży krwi. Ślady pozostawione przez sprawcę całego tego zamieszania, wskazywały mi na zwierzę średniej wielkości. Szybko wyciągnęłam telefon z kieszeni i zadzwoniłam do Oli.
***
Dziewczyna była równie przerażona co ja, mimo że starała się tego nie pokazywać. Przyjechała na polanę wraz z Benem i policją. Wjechała z pełną prędkością, ledwo zatrzymując się. Gdy tylko zobaczyła zwłoki, zatrzymała się w pół kroku, a po jej policzku spłynęła łza. Instynktownie nie wypowiedziałam ani słowa, ponieważ smutna Ola to wredna Ola. Obejrzała dokładnie rany.
- Wilk. - jej głos drżał. - Ben. Ściągnij resztę i sprawdźcie ogrodzenie. W razie czego dzwońcie i naprawcie ewentualne dziury. Tylko szybko - rozkazała. - Nie chciałabym, aby zabił inne zwierzęta.
***
- Dziura we wschodniej części ogrodzenia. - W słuchawce rozbrzmiał głos Justina. - Akurat przy granicy z lasem. Bierzemy się za łatanie.
- Dzięki. - powiedziałam i skończyłam połączenie.
Spojrzałam na psy biegające po łące przy budynku z ich budami. Po sprawdzeniu czy innym koniom nie stała się krzywda i sprowadzeniu ich do zamkniętej stajni, zostawiłam Olę w domu, aby na spokojnie pomyślała i skontaktowała się z nadleśnictwem w sprawie ataku. Sama natomiast postanowiłam trochę popracować. Po nakarmieniu wszystkich zwierząt, zabrałam się za zamiatanie podwórza. Szybciej niż się spodziewałam na ścieżce pojawił się czerwony van stajni. Za kierownicą siedziała Liss.
- Dziura załatana! - oznajmił Justin.
- Jest coś do jedzenie? - spytał Ben. Lubiłam go za to. Dzięki niemu nie byłam jedynym głodomorem w tym miejscu. Do tego jego teksty zawsze poprawiały wszystkim humor. To był jego dar, który ceniliśmy.
- Jakoś nie miałyśmy czasu na myślenie o żarciu. - powiedziałam - Ale mogę coś szybko zrobić.
Ostatnie zdanie uszczęśliwiło chłopaka. Zgodnie ruszyliśmy w stronę domu.
***
- Jak to pan nie wie? - od samego progu usłyszałam podniesiony głos Oli - Ostatni raz pytam. Czy w naszym rejonie są wilki ze wścieklizną?! - Była wyraźnie zdenerwowana. Siedziała w jadalni odwrócona tyłem do drzwi. Nawet nie zauważyła naszego wejścia. Na migi pokazałam reszcie, żeby przeszli do kuchni. Poszłam za nimi.
***
Złapałam książkę kucharską leżącą na zielonej szafce przy oknie. Przekartkowałam ją uważnie, a następnie zamknęłam.
- Co powiecie na najzwyklejsze frytki, wczorajsze kotlety i surówkę...-zajrzałam do lodówki - z pomidorów?
Wszyscy zgodnie pokiwali.
- W takim razie do roboty! - oznajmiłam biorąc się za krojenie pomidorów.
***
Po 30 minutach pracy, zabawy i przekomarzań, posiłek był prawie gotowy.
- Jak sądzicie, Ola coś załatwiła? - spytała Grace. Jakby na odpowiedź z salonu dobiegł nas odgłos rzucanej słuchawki. Już po chwili w drzwiach pojawiła się Ola. Jej mina nie wyglądała na zbyt optymistyczną. Przez chwilę przyglądała się bałaganowi, jaki narobiliśmy, po czym westchnęła.
- Co się stało? - spytałam.
- Sądzą, że się pomyliłam i tego nie zrobił wilk. - powiedziała. - Nieważne. Widzę, że zrobiliście obiad. To co? Bierzemy się do jedzenia?
Każdy z ochotą przyjął jej propozycję. Po takim poranku każdy był głodny.
***
- Tym razem nie zmywam.- oznajmiłam chwilę po skończeniu posiłku. - Mam tego dosyć. Zdajecie sobie sprawę, że to strasznie niszczy skórę?!
Uwaga wywołała śmiech. Jak większość słów przy posiłku. Rodzinna atmosfera panująca przy stole pomogła nam zapomnieć o wcześniejszych zdarzeniach. Za to kocham Atlantydę. Dla tego wszystkiego zrezygnowałam z kilku rzeczy. Jednak jestem szczęśliwa. Moje marzenie się spełniło. Mam wymarzony dom, pracę, rodzinę. Bo właśnie tym są dla mnie wszyscy pracownicy ośrodka.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz