poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Rozdział 4 - Natalia

Grupa rozdzieliła się. Ja skierowałam się z Olą do stajni. Ben i Justin do psów. Liss do kotów, a Grace do ptaszarni. Wchodząc między drzewa, poczułam przyjemny chłód rzucanego przez nich cienia. Ta część stajni do której zmierzałyśmy była złożona głównie z padoków i otwartych budynków, używanych głównie w cieplejsze pory roku. Przyglądając się pasącym się na zielonej trawie koniom, przypomniałam sobie wszystkie chwile spędzone w Atlantydzie. Wszystkie zwierzęta, którym pomogłyśmy, wzloty, upadki, łzy, śmiechy i wszyscy pracownicy ośrodka. Od zawsze wiedziałam, że nasz ośrodek jest niezwykłym miejscem. Rozmyślając nie zauważyłam, że idę prosto na drewniane ogrodzenie otaczające jedną z łąk. Zatrzymałam się 2cm od płotu i spojrzałam na rozbawioną minę koleżanki.
- To nie jest zabawne! - krzyknęłam powstrzymując napad śmiechu.
- Oczywiście, że nie. - wydukała pomiędzy chichotami.
- Lepiej chodź zobaczyć co z końmi. - powiedziałam, udając rozzłoszczoną, chociaż Ola wiedziała, że mnie również bawi ta sytuacja.
W świetnych humorach przeszłyśmy przez drewnianą bramę i podeszłyśmy do jednej z szop. Siano, które nawrzucałyśmy wczoraj  wieczorem, niemal całkowicie zniknęło z koryta. Moje zdziwienie było tym większe, gdyż na tym padoku były tylko 3 Walijskie kuce górskie.
- Dam im zaraz paszę, a ty nalej wody do koryta. - zaczęła komenderować Ola. - Później nawrzucamy siana, ale trochę mniej niż wczoraj.
Zgodziłam się z nią, gdyż miała większe pojęcie o koniach niż ja. Razem zajmowałyśmy się wszystkimi zwierzętami, ale ja byłam najlepsza w pracy z psami, a ona z końmi. Dziewczyna zawróciła się do malutkiej paszarni, która znajdowała się na każdym z tych padoków, natomiast ja poszłam w przeciwległy róg łąki, przy którym stało koryto na wodę. Było do połowy pełne. Mimo tego chwyciłam wiadro zza ogrodzenia i zaczęłam wylewać ciecz. Następnie porządnie je oczyściłam i ponownie napełniłam. Poczekałam, aż choć jeden z kuców podejdzie i napije się wody, a dopiero wtedy odeszłam. Przyglądałam się padokowi obok. Pasła się na nim klacz z dwoma młodymi. Trzy dni temu dostałyśmy pozwolenie na wypuszczenie jej na świeże powietrze, a raczej ja otrzymałam je od Oli, która jest naszym ośrodkowym weterynarzem. Po porodzie ledwo udało nam się utrzymać jednego ze źrebiąt przy życiu. Uznałyśmy go za dar. I już wtedy przysięgłyśmy, że go nie sprzedamy. Nagle jakiś gwizd odwrócił moją uwagę. Nawet bez odwracania głowy wiedziałam kto wydał z siebie dźwięk. Nie myliłam się. Przy szopie stała Ola. W obu rękach trzymała widły. Przy jej nogach leżała wielka góra siana, które już wyrzuciła z paszarni. Momentalnie na mojej twarzy znów pojawił się uśmiech. Dziewczyna zawsze miała wszystko przygotowane. Wczoraj wieczorem rozdzieliła paszę i odpowiednią porcję siana. Dość szybkim krokiem podeszłam do niej, chwyciłam za jedne widły i wzięłam się do pracy, z którą szybko się uporałyśmy. Zrobiłyśmy to samo z każdym z pięciu padoków. Kiedy ponownie skierowałyśmy się w stronę domu, a dokładniej w stronę budynku dla psów, Ola odezwała się:
- Trzeba będzie przebadać Herkulesa.
Herkules to 10-letni wałach, który trafił do nas, bo bał się jazdy pod siodłem. Był u nas od półtorej tygodnia i jak na razie można było z nim pracować pod siodłem w stępie. Na inne chody nie było mowy. Ola twierdzi, że to nie tylko podłoże psychiczne, więc wykonuje różne badania. Ja uważam, że trzeba jedynie dłużej popracować. Miałyśmy w tej sprawie sporne zdania, jednak pracowałyśmy według ustalonych zasad. Zawsze używałyśmy metod naturalnych. Nie używałyśmy przemocy, która zawsze nas oburzała. Kiedyś Ola stwierdziła, że Atlantyda jest trochę jak Heartland z książki Lauren Brooke, ale stwierdziłam, że nie. Nasz ośrodek jest jedyny w swoim rodzaju i nic tego nie zmieni.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz